Koszt miłości dziecka

ILE EURO KOSZTUJE MIŁOŚĆ DZIECKA?

Mamy coraz szybsze samochody, ubieramy się w firmowe ubrania, nasze dzieci mają drogie zabawki, telefony, komputery… Wydawałoby się – powód do dumy i radości. Niestety jednak dzieci tej radości nie podzielają, mają problemy emocjonalne, trudności szkolne, ciężko im i z nimi też ciężko. Myślę tu o dzieciach, których rodzice pracują za granicą. Takie dzieci są w każdej klasie, w każdym bloku, na każdej ulicy. Łapy, Wysokie, Zambrów … Emigracja ma na tych terenach niechlubne tradycje. To już kolejne pokolenie eurosierot. Dzieci, których rodzice wyjechali, aby było lepiej – komu?

Coraz częściej media donoszą smutne informacje o problemach i dramatach dzieci, których rodzice wyjechali za granicę „za chlebem”. Ile trzeba rozpaczy, aby 14-latka rzuciła się ze słupa wysokiego napięcia? Jej matka wyjechała do Londynu robić karierę. Dramat dzieci pozostawionych w kraju przez rodziców nieczęsto – na szczęście – kończy się tak drastycznie, jak w przypadku 14-letniej Ani. Ale prócz samobójstw jest jeszcze mnóstwo innych następstw opuszczenia – tych na teraz i tych na całe życie. Warto o tym pamiętać, zanim zapadnie decyzja o tym, aby wyjechać trochę dorobić.

DLACZEGO WYJEŻDŻAMY, DLACZEGO ZOSTAWIAMY…

Pozornie prosta odpowiedź – wyjeżdżamy, bo w kraju brak pracy, bo praca nisko płatna, brak pieniędzy na rachunki, na samochód, na mieszkanie. Europa jest za płotem, jesteśmy w Unii, granicę tak łatwo przekroczyć. Opuszczamy rodziny, aby im było lepiej. Planujemy na kilka miesięcy, ale to bardzo ruchomy termin… Coraz dłużej, coraz więcej… aby rodzinie było lepiej. Ale rodziny już czasem nie ma, a dzieciom jest tylko gorzej…

Kiedyś, gdy któryś z członków rodziny wyjeżdżał za chlebem, to przeważnie był to mężczyzna. Teraz coraz częściej decydują się kobiety, według statystyk ponad 40 %. Połowa z nich ma dzieci, połowa matek zostawia dzieci w kraju. Dlaczego? Alicja Majewska śpiewała: To męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać… Ale to było ze 30 lat temu. Co teraz jest rzeczą męską, co kobiecą, a co po prostu ludzką i normalną? Czy ludzką i normalną rzeczą jest zostawić na całe lata malutkiego człowieczka, zabrać mu radość kształtowania się i wzrastania w pełnej rodzinie za cenę dolarowego Eldorado? Czy kobiecą rzeczą jest porzucać swoje maleństwa w imię jakichkolwiek pieniędzy? Czy męską rzeczą jest patrzeć bezmyślnie jak oto zaczyna rozpadać się rodzina?

ALE DOLARY NIE ROSNĄ NA DRZEWACH

Życie na emigracji nie jest sielanką. Przyjeżdżający tam Polacy, często nieznający języka, oczekują, że praca będzie na nich czekała wszędzie.

Człowiekowi wydaje się, że zagranica rozwiąże życiowe problemy. A tu nikt nie wypatruje na lotnisku. A żyć przecież trzeba. Perspektywa nieokreślonego „tam” jest bliższa niż beznadziejne „tu i teraz”. Potem już się nie wraca, bo wstyd, że się nie udało. A czas płynie, dzieci rosną… To już osobny problem, co dzieje się z takimi ludźmi, którym się nie spełnił sen o wielkiej kasie. Są nieszczęśliwi, zgorzkniali…Nieszczęśliwi z nich ludzie, trudni małżonkowie i straszni rodzice.

Strategia emigracyjna wielu Polaków nierzadko sprowadza się do fizycznego przetrwania. Kłopoty są bardziej dojmujące, a zadania codzienne znacznie mniej abstrakcyjne niż tęskniące dziecko, żona czy matka.

Coraz częściej wyjeżdża cała rodzina, albo ściąga się ją zaraz po „zaaklimatyzowaniu się”. Pracujący za granicą emigranci bardzo często za cel stawiają sobie zarobek. I dlatego zarobku gotowi są pracować niemal od świtu do nocy. Wiele osób bierze dodatkowe godziny, do domów wracając najwcześniej wieczorami. Nie trzeba być psychologiem, by stwierdzić, że życie rodzinne w takich warunkach jest fikcją, a sprawowanie wystarczającej opieki na dzieckiem, najczęściej wyobcowanym i wystraszonym nie jest możliwe. I tu chwieje się kolejny mit o szczęściu polskich dzieci za granicą. Bariera językowa, kulturowa, wyobcowanie, lęki… Wśród dzieci, które wyjechały wraz ze swoimi rodzicami na szybką integrację szansę mają właściwie tylko dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Starsze, bez otoczenia ich szczególną opieką, i poświęcenia wielu godzin uwagi, raczej nie odrobią edukacyjnych strat.

No i jeszcze pytanie. Czy jest w tym świecie angielsko- belgijsko-irlandzko- włosko- polskim czas na wspólne rozmowy, na więź z rodziną bliższą i dalszą, na to, co spaja i buduje fundament na całe życie?

PODSUMUJMY

  • Około 180 „osieroconych” dzieci w Łapach
  • Kilkadziesiąt rozbitych rodzin
  • Sfrustrowani, rozdarci rodzice
  • Rzesze bohaterskich babć, które resztkami sił robią za mamę i tatę
  • Nie sprawdzałam dochodu emigrantów – bo i po co…
  • No i te konsekwencje …

GDY DZIECKO ZOSTAJE SAMO…

Coraz mniej dzieci, ale coraz więcej problemów wychowawczych, emocjonalnych, szkolnych. Szkolne trudności, poradniane statystyki mówią wiele. Jest coraz trudniej, nie tylko dzieciom, ale i dorosłym. A myślę tu tylko o pełnych rodzinach. Cóż zatem dzieje się tam, gdy do zwykłych kłopotów szkolnego dnia codziennego dołączają się problemy emigracyjne. Poczucie odrzucenia przez rodzica, osamotnienie, brak poczucia bezpieczeństwa i zwykłej domowej normalności. Pół biedy jeśli rodzice dzwonią, odwiedzają i nie dorabiają się w nieskończoność. Ale bywa i tak, że telefon milczy. Taki milczący telefon w świadomości dziecka może oznaczać, że dziecko nie jest warte uwagi rodzica, że w ogóle niewiele jest warte…

Dzieci pytają, ale na pytania „kiedy” i „dlaczego” nie ma zazwyczaj właściwych odpowiedzi. I wtedy zaczynają się domysły, wymysły, próby radzenia sobie z nimi. Często pojawiają się próby zwrócenia na siebie uwagi. Takie wołanie o pomoc może być niebezpieczne. Niebezpieczne są też sposoby radzenia sobie ze stresem i samotnością – ucieczka w świat komputerowy, silne towarzystwo, narkotyki, alkohol. Rozłąka sieje ogromne spustoszenie.

A CO PO POWROCIE?

Nie jesteśmy patologiczni, to nie nas dotyczy… Wyjeżdżamy, aby naszym dzieciom było lepiej. Co znaczy lepiej? Nie łudźmy się, ten problem dotyczy każdego z zostawionych dzieci – czy ma lat 5, 10 czy 15. Tęsknią za nami i nie złagodzą tego fajne ciuchy i nowy komputer. Tylko że my staramy się wmówić w siebie, że to dla ich dobra. Dzieci boją się, czy rodzice wrócą, czy im się coś nie stanie, czy wreszcie zechcą wrócić. Nie mają poczucia stabilności i bezpieczeństwa. Piętrzą się trudności, choć z pozoru wszystko jest ok. Jest, bo tak chcemy to widzieć. Przecież się poświęcamy. Nie jesteśmy patologiczni.
A potem wracamy… Nie było nas w domu rok, trzy, siedem… Nie było nas przy tym, jak nasze dzieci uczyły się żyć, nie odpowiadaliśmy, kiedy pytały, jak postępować. Teraz mają kilkanaście lat – nasze i nie nasze. Odzyskane po latach. Co dla nas znaczą i co my dla nich znaczymy? Obawiam się, że nie tyle, ile ciężko zapracowaliśmy. Dla nich przecież, bo przecież nie jesteśmy patologiczni.

Ile euro kosztuje miłość dziecka? Cena, jaką rodzina płaci za emigrację zarobkową, jest bardzo wysoka. Znam rodziny, które rozpadły się po powrocie, nie wytrzymały tej próby. Znam dzieciaki, które wcale się nie ucieszyły z powrotu bohatera do domu. To obcy facet z pretensjami, nic fajnego wspólnie nie przeżyliśmy… Znam też dzieci emigrantów, które teraz popełniają te same błędy. Jakie będą ich rodziny – nietrudno przewidzieć.

Czy jest tyle euro, aby to wszystko można było odkupić? Czy naprawdę było warto? Czy naprawdę nie można było inaczej?

Dodaj komentarz